Kalambury z tym życiem.
Zawsze gdy mi się zdaje że już wiem o co chodzi,
okazuje się, że za kolejnym zakrętem nic, tylko, nic, pewnego.
Radość, smutek, złość, wzruszenie.
Emocji przeplatają się jak w kalejdoskopie.
Miałem dojść z a do b,
i tam być szczęśliwy.
Ustaliłem to kurwa dobitnie z samym sobą.
Teraz stoję w tym b, z szampanem wzburzonym i gotowym do strzału,
I sam jestem wzburzony,
bo wiem że ten wystrzał będzie jedynie startowym, w biegu do c.
i c,co?
Mam się oszukać, że tam będzie meta?
Jak w szkolnej ławce mi wtłukli, że po c jest d,
d,dalej e,
i tak do z, lub ż
dla rodzimej poprawności.
A grałem kiedyś w takę grę, gdzie sensem było zbieranie literek.
Tysiąc a dawało b, tysiąc b, c.
I p, przepuściłem na to zdecydowanie za dużo godzin, by dowiedzieć się że po z, jest aa. Aaa później ab.
Dojście do zz zajęłoby lata,
a rękę dam sobie uciąć, że dalej byłoby aaa, więc mniejsza o to.
Obrazki i zgadywanki, z tym życiem. Pomysły, sukcesy, porażki, pomysły.
Po równo bez sensu.
Więc już go nie szukam.
Byle mieć jakiś fun i kogoś do przytulania.
Reszta jest zmienna narracją.